MojaWyspa.co.uk - Polski Portal Informacyjny w Wielkiej Brytanii. Polish Community in the UK
Polska strona Wielkiej Brytanii
Forum Polaków w UK

Przeglądaj tematy

Podróżnik poszukiwany

« poprzednia strona | następna strona » | ostatnia »

Strona 5 z 11 - [ przejdź do strony: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 ... 9 | 10 | 11 ] - Skocz do strony

Str 5 z 11

odpowiedz | nowy temat | Regulamin

EFKAKONEFKA33

Post #1 Ocena: 0

2017-10-23 12:40:32 (2 lata temu)

EFKAKONEFKA33

Posty: 17431

Kobieta

Administrator

Z nami od: 30-04-2009

Skąd: Neverland

Hants kiedy pisałam o braku przygotowania czy brawurze nie miałam na myśli Ciebie personalnie.Pisałam ogólnie w kontekście tego że ludzie wytykali palcami.Lepiej sie dobrze przygotować lub czasem iść wolniej niż reszta.To nie wyścigi .Każdy powinien kierować się zdrowym rozsądkiem i sam ocenić jakie są jego możliwości.To Ty ...ja musimy ocenić na ile jest bezpiecznie .Czasem nawet bez względu na przygotowania zadziałają czynniki od nas niezależne i może zdarzyć się cos nieprzewidzianego.Nagle załamanie pogody czy słaba widoczność i o zgubienie sie czy wypadek nie trudno .
Na ścianie jej sypialni widać krzyż lecz ona i tak skończy potępiona, bowiem jakiś zniewalający obraz nocą zapłonął w jej myślach i pomiędzy jej udami złamany bólem człowiek.

Do góry stronyOnline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

Strona WWW

dyziowpodrozy

Post #2 Ocena: 0

2017-10-27 11:56:31 (2 lata temu)

dyziowpodrozy

Posty: 52

Mężczyzna

Z nami od: 18-05-2017

Skąd: maidstone

Cytat:

2017-10-23 02:52:37, hants napisał(a):
Byłem świetnie przygotowany, ale jak to na północnej ścianie Tryfana, widzisz tylko metr za sobą i metr przed sobą. Zsunałem się po jakiejś skale 2 metry w dół i wylądowałem na może 10 cm żlebiku. Klasyczny cragfast.

Po kolejnym zsunięciu znalazłem daisy chain i zimowy karabinek wspinaczkowy. Początkowo się ucieszyłem: "fajnie, ludzie tu byli", ale po chwili miałem w spodniach rapid colonic discharge, gdy zdałem sobie sprawę, że mnie tam w ogóle nie powinno być bez sprzętu.

Jak z tego wyszedles?
Dyzio W Podrozy

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

dyziowpodrozy

Post #3 Ocena: +1

2018-05-02 13:13:28 (2 lata temu)

dyziowpodrozy

Posty: 52

Mężczyzna

Z nami od: 18-05-2017

Skąd: maidstone

"Hej, góral ja se góral,hej, spod śamiuśkich Tater".... :-)

Tak, tak – jedziemy w Tatry!!!!
Troche wstyd sie przyznac, bo nigdy tam jeszcze nie bylem, ale za to moj towarzysz gorskich wycieczek juz tam byl! Wprawdzie bylo to podczas studiow – jakies pol wieku temu, ale twierdzi ze cos tam jeszcze pamieta i jak je zobaczy (gory) to je rozpozna!
Wylatujemy 9-ego maja, a wracamy 14-stego. Plan jak zawsze bardzo ambitny, a mainowicie zdobycie kilku gor takich jak: Giewont, Rysy, Koscielec, Kasprowy Wierch, Szpiglasowy Wierch, po drodze jakies Piec Stawow, Morskie Oko etc.
Osobiscie mam nadzieje ze spotkamy Bace, Gazde, Janosika, moze naweta jakiegos gorala, no i oczywiscie Goralke Halke. :-)
Plecaki juz prawie spakowane, troche za ciezkie, wiec bedziemy pozbywac sie ekwipunku podzas wedrowki. Noclegi w schroniskach zabookowane, wiec usmiech na twarz i ….
Hej Przygodo!!!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

[ Ostatnio edytowany przez: dyziowpodrozy 02-05-2018 13:15 ]

Dyzio W Podrozy

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

EFKAKONEFKA33

Post #4 Ocena: 0

2018-05-02 13:19:32 (2 lata temu)

EFKAKONEFKA33

Posty: 17431

Kobieta

Administrator

Z nami od: 30-04-2009

Skąd: Neverland

Powodzenia*THUMBS UP* Trzymam kciuki i czekam na relację po powrocie :-)
Na ścianie jej sypialni widać krzyż lecz ona i tak skończy potępiona, bowiem jakiś zniewalający obraz nocą zapłonął w jej myślach i pomiędzy jej udami złamany bólem człowiek.

Do góry stronyOnline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

Strona WWW

stanislawski

Post #5 Ocena: 0

2018-05-02 14:07:32 (2 lata temu)

stanislawski

Posty: 6545

Mężczyzna

Z nami od: 10-04-2008

Skąd: Narnia

Byłem... ale moje najmłodsze latorośle czegoś takiego nie widziały. Dzięki za pomysł. Robię to podczas następnego powrotu do Starego Kraju... obok Wieliczki.
Problem będzie z odwiedzaniem rodziny przy takim programie wycieczkowym - no ale cóż. Ciach ich na bocznicę.

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

Strona WWW

dyziowpodrozy

Post #6 Ocena: 0

2018-05-18 11:53:07 (2 lata temu)

dyziowpodrozy

Posty: 52

Mężczyzna

Z nami od: 18-05-2017

Skąd: maidstone

Tatry 2018

Zaczne od tego ze nie bylo: fajnie, ciekawie, interesujaco, pieknie, smiesznie, wesolo, ciezko, lekko etc, bo bylo po prostu (bardzo lubie to slowo) ZAJEBISCIE :-)
….i to od samego poczatku, do samego konca.
Po przylocie do Krakowa musielismy poczekac na nasze bagaze, ale cos poszlo nie tak i jak w filmach Barei, juz po 20-stu minutach czekania na na walizy dwie babki zaczely mala zadyme, ze to skandal, zero informacji, gdzie sa nasze bagaze etc. Po chwili starszy pan dorzucil, ze ostatnio czekal prawie 6-godzin i juz zaczelo byc interesujaco, ale na tasmie zaczely pojawiac sie plecaki, wiec bylo po zadymie.
Nastepnie udalismy sie na dworzec PKS zeby dojechac do Zakopanego. Nasz autobus odjezdzal ze stanowiska G18 i mielismy 5 minut do jego odjazdu, wiec szybka lokalizacja stanowiska osiemnastego, bieg i pytanie do kierowcy: “Zakopane?”.
Na to driver: “ czy ja mam gdzies napisane Zakopane?”
Popatrzylismy na goscia ze znajomym i poza dwoma widocznymi tatuazami (jeden z gola baba, drugi ze kocha jakas Lucyne), “Zakopanego” nie bylo. Okazalo sie ze bylismy na stanowsku dolnym “D18”, a nasz transport odjezdzal z gornego stanowiska “G18”.
Jak juz dotarlismy do zakopca, to nie bylo sie do czego juz przyczepic, no moze pania barmanke z murowanca, ale o tym pozniej.
Nastepnego dnia raniutko pojechalismy do Kuznic. Gdy tam dotarlismy nie bylismy pewni czy to juz ostatni przystanek, wiec zapytalismy kierowcy czy jedzie dalej. Mily gosc, z usmiechem na twarzy i goralskim akcentem odpowiedzial: “dalej juz nie pojade – sciana”. Wysiedlismy wiec i ruszylismy w gory!
Wchodzimy na Giewont (1,895m), a tam prywatna msza swieta. Mozna? mozna, ale trzeba chciec! Potem przeslismy sie Czerwonymi Wierchami i wieczorkiem zawedrowalismy do miejsca naszego pierwszego noclegu w schronisku na Hali Kondratowej.
Schronisko jest zamykane na noc i wyposazone jest w “elektrycznego pastucha” (ogrodzenie pod pradem), ktory ma za zadanie ochrony przed niedzwiedziami. Rano dowiedzielilismy sie, ze byl niedziwiedz!!!!, ale w zeszlym roku. :-)
Rano na Kasprowy – nic ciekawego niestety, a schronisko bylo zamkniete. Potem walka z lekiem, strachem i wysokoscia, czyli kolej na Swinice (2301m). Naprawde bylo dobrze, udalo sie, ale wejscie pozostanie w glowie na bardzo dlugo. Kto tam sie wdrapal, to wie o czym mowie.
Powietrze na szczycie jest zupelnie inne niz na dole, a w glowie dzikie harce euforii, strachu, dumy - zakrapiane butelka adrenaliny. Niestety musielismy szybko schodzic bo zaczal padac deszcz.
Obrazek
Noc spedzilismy w schronisku Murowaniec. Obiekt ladny, jedzenie bardzo dobre, ale pani stojaca za barem – katastrofa: bez usmiechu, wychodzila gdzies w p"zdu a klienci musieli na nia czekac - normalnie babka zachowywala sie jakby byla tam za kare, ale dosc juz o niej.
Trzeci dzien byl najciezszy bo maszerowalismy jakies 9-10 godzin.
Rano Koscielec (2155m) – doswiadczenie z poprzedniego dwutysiecznika zaprocentowalo – udalo sie przejsc po jego szczycie. W glowie podobnie jak na Swinicy, ale juz pod wieksza kontrola (chyba).
Po poludniu droga na przelecz Krzyzne (2112m) i ten widok na Doline Pieciu Stawow!!! Nigdy nie widzialem czegos podobnego - WOW !!!
Rownoczesnie z nami na przelecz weszla para turystow, a podejscie bylo dosc strome i gdy juz zrobili sobie fotki na gorze to koles mowi do klientki: “teraz musze se zajarac bo ku"wa stad nie zejde”.
Obrazek
Wieczor i noc spedzilismy w schronisku w Dolinie Pieciu Stawow Polskich (tzw Piatce).
Moim zdaniem najlepszy nocleg na naszym szlaku. Totalna wolnosc, ale bardzo grzeczna. Po zamknieciu kuchni turysci zrobili impreze w jadalni.
Ludzie spali wszedzie, w pokojach na lozkach, na podlodze (tam gdzie bylo miejsce), a ci co sie nie zmiescicli ulokowali sie na zewnatrz.
Najlepsze bylo to ze dnia nastepnego praktycznie wszyscy wyszli w gory kolo 6-7 rano.
My udalismy sie do Mekki polskich Tatr, czyli Morskiego Oka, a poniewaz szlak ktorym planowalismy isc byl zamkniety z powodu lawin, wiec czekala nas 10-cio kilometrowa droga asfaltowa i to w dwie strony. Niestey przejscie jej spowodowalo kontuzje naszych stóp. Ja nabawilem sie jakiegos zastrzalu w dyzum palcu, a kolega odciskow na pietach – ale podobno po miesiacu powinno byc juz ok – znajomy farmaceuta nam to powiedzial ;-)

Wyjazd sie udal, pogoda byla swietna,szlaki bardzo dobrze oznaczone. ludzi malo (w drugi dzien nie mijal nas zaden turysta). Cale szczescie sniegu nie bylo za duzo na szlakach, ale odpuscilismy sobie Rysy i Szpiglasowy Wierch, bo tam bez rakow sie nie dalo przejsc, a nasze “chinskie raki”, ktore odbyly droge Chiny – UK – PL , ze tak powiem - byly nieodpowiednie i wzbudzaly by usmiech na twarzach turystow, powodujac mozliwe zagrozenie na szlakach:-)

Ludzie mili, usmiechnieci (poza pania w murowancu), choc bardzo czesto wspominali o mandatach, np siedzimy przed schroniskiem, ktos idzie zamoczyc nogi w stawie i od razu komentarz “zaraz przyjdzie straznik i dwie stowki mandatu”, bo nie wolno wchodzic do wody.
Kazdy dzien byl podobny do siebie. Rano usmiech ze idziemy w gory, usmiech po ich zdobyciu, na powrocie usmiech ze dzis znow spotkamy fajnych ludzi, a przed spaniem usmiech ze jutro znow w gory.........tylko te 10 kilo na plecach.
Piotr uzywal aplikacji do mierzenia krokow i owe urzadzenie wyliczylo nam ze przeszlismy ponad 100km!

Kilka waznych informacji dla ludzi udajacych sie w Tatry:
- po zmroku na Morskim Oku robi sie ciemno
- w gory bierze sie spirytus bo malo wazy
- w gory wpuszczaja tylko ladne dziewczyny, bo brzydkie kierowane sa na Krupowki
- w gorach nie ma kaca
- wode mozna pic z gorskich potokow
- chleb i kabanosy nie ulegaja przeterminowaniu
- butelka po wodzie jest wielokrotnego uzytku

Koszty:
- dojazd - w naszym wypadku to paliwo, parking, lot (jak zwykle najdrozszy w calej wyprawie)
- Krakow – Zakopane PKS - 20PLN
- noclegi 35 – 50PLN
- jedzenie 12-15PLN zupa, drugie danie 18-30PLN
- piwo 8-12PLN
- woda za darmo!!! (pyszna i zdrowa) :-)
- oscypki na Krupowkach od 1.5PLN do 12-15PLN
- usmiech pani z murowanca - bezcenny (podobno) :-)


Obrazek

[ Ostatnio edytowany przez: dyziowpodrozy 18-05-2018 11:55 ]

Dyzio W Podrozy

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

EFKAKONEFKA33

Post #7 Ocena: 0

2018-05-18 11:59:57 (2 lata temu)

EFKAKONEFKA33

Posty: 17431

Kobieta

Administrator

Z nami od: 30-04-2009

Skąd: Neverland

Cytat:

2018-05-18 11:53:07, dyziowpodrozy napisał(a):
- usmiech pani z murowanca - bezcenny (podobno) :-)




Super się czytało, a zacytowany komentarz powalił na łopatki :-]
Na ścianie jej sypialni widać krzyż lecz ona i tak skończy potępiona, bowiem jakiś zniewalający obraz nocą zapłonął w jej myślach i pomiędzy jej udami złamany bólem człowiek.

Do góry stronyOnline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

Strona WWW

dyziowpodrozy

Post #8 Ocena: 0

2018-06-29 16:54:02 (rok temu)

dyziowpodrozy

Posty: 52

Mężczyzna

Z nami od: 18-05-2017

Skąd: maidstone

Europa to za malo, ale czy Gruzja to juz Azja?

Jedziemy to sprawdzic - czas na rowerowe dwa tygodnie!
Na naszej trasie: Kutaisi, Swanetia, (Przełęcz Zagar - 2623 m), Poti, Towarzysz Stalin w Gori, Tibilisi, Kazbegi, a nastepnie w drodze powrotnej trzy dni w Istambule.
W tym roku wprowadzilismy kilka zmian, a mianowicie:
- nie bierzemy namiotow – w zeszlym roku ich nie uzywalismy, wiec w tym tez planujemy nocowac w hostelach, schroniskach, prywatnych kwaterach etc. Zawsze mozna poznac ciekawych ludzi i milo spedzic wieczory w ich towarzystwie.
- dzienny dystans 50-80km– bedzie wiecej czasu na zwiedzanie okolicy, jak i rowniez bedzie ostro pod gorke, wiec nie ma co sie zarzynac.
- planujemy od czasu do czasu zsiasc z roweru i podjechac kawalek pociagiem, busem, badz innym transportem (zoabaczymy na miejscu).
- dwa dni trekkingu, wiec znow rowery odpoczna sobie troche.

Bilety kupione, sprzet spakowany, wiec usmiech na twarz i.....Hej Przygodo! !!!
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Dyzio W Podrozy

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

dyziowpodrozy

Post #9 Ocena: 0

2018-09-18 13:14:00 (rok temu)

dyziowpodrozy

Posty: 52

Mężczyzna

Z nami od: 18-05-2017

Skąd: maidstone

Gruzja – tam gdzie mozna cofnac czas, a to co wydaje sie latwe wcale takie byc nie musi, a trudne jest prostsze niz myslisz.

Obrazek

Na poczatku musielismy dojechac pociagiem na lotnisko - nic skomplikowanego, no chyba ze podrozuje sie z 30 kilogramowym kartonem, w ktorym jest rower.
Jechalismy z Broadstairs na London Stansted, bilety kosztowaly nas £26, z tym ze odjazd mielismy o 10:05. Chcielismy zalapac sie na pociag o 9:59, ale gosc na stacji powiedzial nam ze musimy jechac tym na ktory zakupilismy bilety. Poinformowal nas takze, ze z naszymi duzymi bagazami najlepiej bedzie jak wsiadziemy do pociagu do przedzialu dla podroznych z duza iloscia bagazy, ktory jest z przodu badz z tylu skladu.
Zajelismy miejsce na przodzie peronu i czekalismy na przyjazd naszego transportu.. Do szybkiego przemieszczania naszych pudel mielismy dwa rozwiazania. Adam rozwalil jakas stara torbe podrozna i z jedej strony kartonu przymocowal kolka, a z drugiej ten rozkladany uchwyt, ja natomiast mialem stara deskorolke, ktora planowalem wyrzucic po dotarciu do miejsca naszego odlotu.
Przyjechal pociag i okazalo sie ze wagon dla duzych bagazy jest z tylu skladu, wiec pudla w ruch i zapierdzielamy przec caly peron pomiedzy wysiadajacymi ludzmi. Slychac bylo tylko “excuse me, sorry, excuse me sorry, pibip etc...”. Gdy juz dobieglismy do naszych drzwi, te pierdzielone sie zamknely! Pukamy do maszynisty i mowimy zeby je otworzyl, a ten nam mowi: “sorry is locked” i odjechal!!!
Wrocilismy do naszego zawiadowcy stacji ^%$@!#”?>$%$^$& - pojechalismy nastepnym pociagiem, ale tym razem jednym kartonem zablokowalismy drzwi, potem wrzucilismy drugie pudlo i odblokowalismy wejscie. Na stacji, widzac cale zamieszanie, podeszla do nas jakas kobieta i zaczela nas przepraszac, prawie za wszystko – lacznie z brexitem ;-)
Nastepnie lot i jestesmy w Kutaisi!
Przylecielismy po polnocy, wiec noc spedzilismy na lotnisku. Maja tam takie “ala materace” do lezenia, wiec spokonie mozna bylo sie wyspac.
Kolo 6-ej rano obudzil mnie jakis ochroniaz, ktory mowil do mnie “mister, mister, Berlin,Berlin”;!
Jaki Berlin pomyslalem? Koles poprosil babke z informacji zeby zapytala sie mnie czy czasem nie lece do Berlina, bo jak tak to musze wstawac, bo sie spoznie na lot. Znow mnie za niemca wzieli ;-)
Po skreceniu rowerow ruszylismy w kierunku Kutaisi! Po 14-stu kilometrach zaczelismy wjezdzac w miasto. Pierwsze wrazenie – tu musi byc jakis zaklad mechaniczy, bo przed kazdym domem ktos naprawial jakies auto.
Poczulem sie jakby wehikul czasu istanial i coflo mnie jakies 25 lat do postkomunistycznej Polski.
Na ulicach Lady sciagaly sie Golfami, krzywe chodniki z betonowych plyt, sklepy z zapoconymi szybami, a co jakis czas pojawial sie ladny baner jakiegos banku – tzw “powiew zachodu”..
Plan na pierwszy dzien byl taki, aby szybko wymienic pieniadze, kupic karte sim do telefonu, bo oplaty roamingowe byly poza zasiegiem naszych portfeli. (za 1 min polaczenia £1, 1mb daty £5), potem znalezc jakis nocleg i podjechac do Kanion Gachedili (Martvili) – proste.
- wymiana pieniedzy: Mielismy funty brytyjskie, w kantorach chcieli tylko dolary i euro, ale udalo sie znalezc jeden ktory kupi angielska kase. Oczywiscie banknoty musza byc wyprodukowane po 2015 roku (te plastikowe). Przesortowalismy nasze funty wybierajac tylko te nowe, idziemy do okienka, a babka mowi ze wlasnie jej system padl i sorry.
Udalo sie kupic Lari (gruzinska waluta) w pobliskim banku – musielismy okazac paszporty.
- Karta sim. Kuzwa takich kolejek w punktach gsm nie widzialem od lat 90-tych! Godzina stania, karta kupiona, pani cos tam w telefonie zamieszala dziala!
Potem znalezlismy nocleg. 25 GEL spanie + 25 kolacja ze sniadaniem. Nastepnie szybko piechotka przez pol miasta do miejsca gdzie odjezdzaja busy (tzw “marszutki”;), a bylo ich tam cos kolo 100 i kazdy jechal w inna strone, pol godziny spedzone na znalezieniu tego wlasciwego i jedziemy do
Kanion Gachedili (Martvili)! Jazda autem w Gruzji, to klakson musi, ale to musi byc,co innego jakby w aucie brakowalo kawalek albo calego zderzaka, nadkola, lampy – to mozna (kiedys) naprawic, ale klakson byc musi! Przed wyjazdem wpadlismy do punktu informacji turystycznej (byl po drodze) aby upewnic sie czy warto tam jechac. Gosc powiedzial, ze to swietne miejsce, wiec w droge!
Jechalismy jakies 40 minut, co chwile byl przystanek na ktorym wsiadali ludzie, badz tez ktos przekazywal jakas torbe z zakupami, jakis pakunek etc – cale szczescie ze zywych zwierzat sobie w ten sposob nie przesylaja. Co do zwierzat, to jak wyjechalismy z miasta to na drodze zaczely pojawiac sie krowy. Czasami pojedyncze, czasami w stadach ogolnie bylo ich sporo. Jakbym tego nie zobaczyl to bym nie uwierzyl!
Stoi sobie krowa na samym srodku drogi i otepialym wzrokiem patrzy sie przed siebie krecac morda – jak to krowa. Nagle z jednej i z drugiej strony do krowy, z predkoscia okolo 90km/h zblizaja sie vany. Kierowcy przed krowa dwukrotnie naciskaja na klakson i omijaja ja, a ta pierdzielona, niewzruszona stoi jak stala i dalej przezuwa!!!
Kolejnymi zwierzetami ktorych bylo mnostwo to bezpanskie psy. Jest ich duzo za duzo! I to same duze, ale o nich pozniej.
Po dotarciu na miejsce okazalo sie ze kanion jest zamkniety (poniedzialek). :-) szkoda ze o tym nie wspomnieli w biurze informacji.
W drodze powrotnej zlapalismy taksowke (Lada). Muza na tzw ful, papieros w gembie kierowcy i zawrotna predkosc pod 80km/h, potem bus – do przewozu wszystkiego i wrocilismy do miasta.
Wieczor w Kutaisi, no coz fajnie bylo. Potem gruzinska kolacja w naszym hostelu – co do noclegu, to bylismy tam sami. Spodziewalismy sie mnostwa turystow, a tu pustki, no ale moze pozniej bedzie z kim pogadac. Jedzenie inne od naszego, ale dobre. Cos w rodzaju gulaszu, cos jakby placek chlebowy.
Nastepnego dnia rano na rower i jazda – kierunek Swanetia – wysokogorski region Gruzji. Po drodze wstapilismy do jaskini Prometeusza – (polecam ciekawe 50 minutowe przejscie). Kupilismy bilety, poczekalismy az zbierze sie grupa (kolo 30 osob) i wchodzimy. Nasz przewodnik (kobieta) zaczyna od jezyka rosyjskiego “zdrastwujtie rebiata...”czesc ludzi slucha, nastepnie przelancza sie na angielski “lajdis and dzentelmen..” I tu ktos zaczyna zadyme ze on nie slyszy bo rosyjska czesc wycieczki zaczela rozmawiac i prosi babke o uciszenie rosjan i rozpoczecie przemowy od nowa. Wkurzylo to jednego goscia ze wschodu i zaczela sie zadyma, ze jak przewodniczka mowila po rosyjsku to “anglicy” gadali a teraz zadaja ciszy bo nie slysza. W tym momencie poczulem ze mit o obaleniu “zelaznej kurtyny” jest mitem, a ona sama (kurtyna) ma sie dobrze. Podobno tego ruska to szukaja w tej jaskini do dnia dzisiejszego ;-)
Obrazek
Nocleg w Tsageri byl naszym pierwszym sprawdzianem bazy hotelowej w Gruzji poza duzymi miastami. Hosteli bylo az dwa, w jednym koles krzyknal 40 GEL za noc od osoby, wiec mu podziekowalismy. Jak odchodzilismy opuscil cene do 30. Drugi nocleg nam sie nie podobal wiec wrocilismy do tego pierwszego i stargowalismy do 20 za sztuke.Po rozpakowaniu ruszylismy w miasto cos zjesc i tu male rozczarowanie Gruzja to nie europa. Dobrze ze piekarnia byla otwarta, wiec kupilismy swiezo upieczone placki chlebowe nadziewane fasola i pol litra gruzinskiego bimbru zwanego “Czacza” (pol litra przelane z wielkiego baniaka do plastikowej butelki po coli za 5 GEL) i wroclilismy do pokoju. Cale szczescie ze Czacza ma moc! :-).
Kolejnego dnia po jakis 15 km skonczyla sie droga i zaczela sie prawdziwa przygoda.
Obrazek
Totalne bezdroze, sklepy w ktorych mozna bylo kupic tylko bimber, piwo, wode, papierosy, czekolade i jakies puszki z gruzinskimi napisami (nigdy ich nie probowalismy), od czasu do czasu mijaly nas stare auta typu Lada. Wolga, Gaz, ktore jeszcze jezdzily i dawaly sobie rade na rowni z autami 4x4, osoby naprawiajace np starego Kamaza, ale tez zapierajace dech w piersi widoki dookola, dzikie konie i watachy psow.
Jakby nie to ze w miejscach gdzie nocowalismy zawsze ludzie dla nas gotowali, to bysmy kilka dni glodowali.
Najciezszy dzien mielismy z Mele do Ushguli, niby tylko 38 km, a zajelo nam to prawie 9 godzin. Ciagle pod gore szlakami gorskimi, przez gorskie potoki, przez Przelecz Zagar (2623m) do Ushguli – wioski ktora jest odcieta od swiata przez pol roku.
Wyobrazcie sobie ze docieracie na przelecz 2623m, po drodze musicie przejsc przez miejsce gdzie lata tyle motyli ze wydaje wam sie ze jest ich wystarczajaco ze jakbyscie sie na nie rzucili to daly by rade was uniesc na swoich skrzydlach, nastepnie przedzieracie sie pas jakis krzewow gdzie atakowani jestescie przez konskie muchy. Pchacie zaladowany rower pod gore jednoczesnie odganiajac sie przed nimi, a jak przystajecie odpocznac to pierdzielone gryza coraz bardziej, wiec zaciskacie zeby i naprzod. Gdy na pewnej wysokosci koncza sie krzewy, a wraz z nimi grzyzace insekty, waszym oczom ukazuje sie kraina tak zielona, ze macie wrazenie ze trawa wokol was jest tak bardzo zielona, jak ta z przyslowia o tej ktora jest zawsze po tej drugiej stronie, a nad nia pietrza sie krystalicznie biale szczyty gorskie (kolo 5000 metrow) , ktore mozecie podziwiac w takiej rozdzielczosci ze obecna 4K wyglada przy niej jak film z kasety VHS i wreszcie gdy po kilku godzinach meczarni docieracie do tych waszych wysnionych 2623 metrow doznajecie najwiekszego dramatu w waszym zyciu, bo nie ma tam zadnej informacji ze jestescie w tym miejscu, na tej wysokosci!
Jak tu sie pochwalic znajomym na fejsie??? Dramat!!!
….ale piekny, prawda? ;-)
Wioska Ushguli na 2100m i jej cudny widok na osniezone szczyty gorskie, ktore wydaja sie byc w zasiegu reki - obraz jeden z tych nie do opisania, ale raz ujrzany zawsze bedzie sie przewijal przed oczami.
W tej osadzie po raz pierwszy nie bylismy sami w hostelu, oprucz nas nocowalo tam mlode malzenstwo z 9-ecio letnim synem z Polski. Koles jak nas zobaczyl to powiedzila ze swietna sprawa takie wycieczki rowerowe i kilka lat wczesniej sam wybral sie z rodzina rowerami do Szwajcarii. Dziecko zapakowali w przyczepke i wystartowali. Na poczatku trafil im sie podjazd 17-sto kilometrowy i po wepchnieciu rowerow na szczyt mieli serdecznie dosc, wiec spakowali sprzet i pojechali do wloch na plaze :-)
Obrazek
Rano przed wyjazdem wstapilismy jeszcze do sklepu na male zakupy i zobaczylismy dwa rowery z polska flaga! Nasi!!! Nie mam pojecia jak to dziala, ale pomimo ze sie z nimi nie znalismy, to od razu zaczelismy rozmawiac jak starzy dobrzy znajomi, tak jakbysmy sie znali od lat. Kolesie jechali ta sama droga co my ale w przeciwnym kierunku, wiec szybka wymiana informacji, zdjecie selfie i w droge – kierunek Mestia. Cale szczescie bylo z gorki i to mocno z gorki. Od ciaglego naciskania manetek hamulcow zaczely dretwiec mi dlonie. W nocy troche popadalo, wiec na drodze bylo duzo blota i bardzo slisko.
Zauwazylismy tez wzmozony ruch aut na tej trasie w porownaniu do poprzednich dni, kiedy przez caly dzien mijaly nas 3 do 5 aut, a tu ruch jak w przyslowiowym Rzymie, co chwila jakis 4x4 zaladowany turystami. Po drodze w jednej wiosce Adam kupil u jednej starowinki butelke “Czaczy”. Sprzedajaca babcia miala chyba z osiemdziesiac lat. Jak sie pozniej okazalo stara baba sprzedala nam butelke wody, wiec zawsze lepiej sprawdzic co sie kupuje! :-) Przewalila nas babka jak mlodych!
Mestia jedno z wiekszych miasteczek na naszej drodze, osobiscie porownal bym je do malego Zakopanego. Ladne, bardzo duzo turystow, swietna baza wypadowa w gory. Spedzilismy tam dwa dni i pierwszy raz mielismy maly problem ze znalezieniem noclegu. W kilku hostelach nie bylo miejsc, ale szybko znalazl sie ktos co mial jakas rodzine, wiec po krotkim czasie mielismy zalatwiona kwatere. Takiego dobrego jedzenia i w takiej ilosci jeszcze nigdy w zyciu nie mialem – babka gotowala tak pysznie i tak duzo, ze bylo to nie do przejedzenia!!!!
Nazajutrz pierwsze wyjscie w gory na Jeziorka Koruldi. Oczywiscie z racji ograniczonego bazgazu na naszych rowerach nie mielismy dobrych butow do wedrowek, ale pomimo ze wycieczka zajela nam kolo 6-7 godzin dalismy rade. Niestety pogoda troche sie zalamala i podczas naszego podejscia bylo dosc mglisto, ale gdy dotarlismy do celu niebo troche sie otworzylo i ten widok!!!!! :-)
W drodze powrotnej na naszym szlaku natknelismy sie (UWAGA) na zdechlego konia! (masakra).
Musielismy go obejsc szerokim lukiem bo lezal na waskiej sciezce.
Obrazek
Kolejnego dnia, wczesnie rano ruszylismy na najdluzszy odcinek na naszej trasie (ponad 100km) do Jvari i wszystko bylo by dobrze jakby kolega Adam sie nie spieszyl (jak zawsze) i na spokojnie sprawdzil w ktorym kierunku powinnismy jechac. Pojechalismy w zla strone, a najgorsze ze bylo bardzo, ale to bardzo pod gore – 7 kilometrow pchania rowerow, co zajelo nam grubo ponad godzine. Zawrocilismy i tego dnia faktycznie przejechalismy ponad 100 km, ale do miejsca docelowego zabraklo nam prawie 20 km, a robilo sie juz pozno. W okolicy nie bylo nic do spania, najblizszy hostel 20 km od nas. Niby cos tam by sie znalazlo, na jakims balkonie w jedynej okolicznej restauracji, ale postanowilismy jakos “dokrecic” brakujace kilometry. Adam zaczal lapac stopa, ale troche ciezko bylo cos chwycic z rowerami. Ja natomiast zauwazylem stojacego starego vana i mlodego gruzina krecacego sie przy nim. Podszedlem i zaczelem rozmowe: “charoszyja maszyna?” zapytalem. Gruzin odpowiedzial “da”. Nastepnie juz na migi typu: ty pajechal do Jvari, skolko etc. Ogolnie bylo ciezko sie dogadac. Pytam gruzina ile za podwuzke, a on mowi ze nie wie. To ja proponuje mu 20 GEL, on mowi ze to malo, pytam sie wiec ile chce, a on wzrusza ramionami i mowi ze nie wie. Z pomoca przyszla nam jedna z kelnerek, dogadalaismy sie co do ceny i ladujemy rowery do vana. Jak zobaczylem co on robi, to powiedzialem sobie “ja pie+dole”. Koles otworzyl boczne drzwi, wyjal rzad siedzen ktore byly tylko polozone na dwoch starych oponach, nastepnie wrzucil nasze sprzety i w droge. W tym pojezdzie dzialal tylko silnik i hamulce (chyba). Gosc tak zapierdzielal, ze nas rzucalo jak worki ziemniakow, a przepascie byly po sto metrow na skraju drogi.
Dalsza czesc naszej wyprawy pokonywalismy w wiekszosci vanami i pociagami, bo po wyjezdzie z gor zaczelo byc za goraco (temperatura ponad +30) i cos tam niedobrego dzialo sie z naszymi hamulcami w rowerach.
Jechalismy vanem w czworke w trzyosobowej kabinie (rowery na pace z nabialem), nastepnie rowery zajmowaly tylna kanape, (musielismy zaplacic extra za 4 miejsca) i tak dotarlismy do Poti nad morzem Czarnym.
Poti nadmorskie miasto przypominajace nasze polskie kurorty z czasow FWP (fundusz wczasow pracowniczych), czyli dawnej komuny, ale morze duzo cieplejsze od Baltyku.
Spedzilismy tam pol dnia, a wieczorem w pociag do Gori by odwiedzic towarzysza Stalina. Zeby kupic bilet musielismy okazac nasze paszporty. Dotarlismy tam grubo po polnocy, wiec na szukanie noclegu bylo za pozno i ta noc spedzilismy na dworcowej lawce – kuzwa jak nie wygodnie. :-)
Miasto wyglada jakby kawalek autostrady (Stalin street), prowadzacej do muzeum wodza ktos wlozyl do malej miesciny, a bezpanskich psow jest wiecej niz mieszkancow. Samo muzeum otwarte jest o godzinie 10-tej, a my juz tam bylismy po 6-stej rano, wiec zalapalismy sie na poranny “spektakl” gimnastyki mieszkancow Gori. Wygladalo to jak ze starego propangadowego filmu, ktory ukazuje usmiechnietych ludzi z republik radzieckich. Ktos idac zrobil dwa sklony, ktos podskoczyl z trzy razy, jeszcze inny ktos zrobil kilka wymachow noga trzymajac sie parkowej lawki. Ludzie ktorzy probowali biegac byli obszczekiwani przez horde bezpanskich psow i szybko powracali do zwyklego chodzenia. Identycznie mialo sie z jezdzacymi na rowerach. Szczekanie psow, gosc staje, zsiada z roweru i idzie. (masakra). My tez prawie zostalismy zjedzeni przez te psy. Planowalismy jechac jeszcze w jedno miejsce, ale posrod szczekajacych burkow po prostu sie nie dalo!
Na chwile przysiadl sie do mnie starszy pan i po tym jak dowiedzial sie ze jestesmy z Polski to zaczal rozmowe o Stanislawie Mikulskim i serialu “Stawka wieksza niz zycie” - podobno byl bardzo popularny w Gruzji. Niestety gosc nie slyszal nic o “Czterech pancernych”.
Samo muzeum, jak muzeum – chwalmy wielkiego wodza. Ciekawym eksponatem byl jego wagon kolejow zaparkowany tuz przy budynku. Rozmawialismy z przewodnikiem, oczywiscie o Stalinie i gosc mowil nam ze gruzini dalej go podziwiaja, a jedyne co maja mu do zarzucenia to nie jest to ze wyrznal kilka milionow istenien ludzkich, ale to ze pod jego rzadami Gruzja stracila niepodleglosc.
Wrocilismy na stacje (obszczekani przez tuziny psow), kupilismy bilet do Tbilisi (oczywiscie paszport musial byc okazany). Przyjezdza pociag, wysiada konduktorka (jedna z tych typow – tzw “herszt babow”;) i od razu z morda do nas, ze bilety, paszporty, rozkladac rowery, 5 GEL za rower!!!
Pociag skladal sie z trzech wagonow, a konduktorow bylo z pieciu (w tym nasza herszt baba), latali jak ze sraczka w ta i z powrotem po calym skladzie, liczyli ludzi po kazdej stacji. Z kolega wzielismy po dwa piwa na droge, ale strach bylo je wypic! :-)
Tbilisi – stolica Gruzji, tu juz czuc zachod pelna gemba. Z pozostala czescia kraju malo ma co wspolnego, rzadko mozna bylo trafic jakis zabytkowy samochod, w sklepach wszystko jest, chociaz samo metro z 1965 roku wygladalo jak z 1965 roku! Moim zdaniem jeden dzien na zwiedzanie w zupelnosci wystarczy, my mielismy dwa dni, wiec troche sie wynudzilismy.
Najlepsze bylo jak poszlismy do lazni miejskich, podobno bardzo popularnych w miescie. Oferta jest spora, ale zazwyczaj dotyczy jakis prywatnych wspolnych kapieli, ale nam zalezalo na odwiedzeniu czegos bardziej otwartego dla ogolu. Wyobrazalismy sobie ze bedzie to cos w stylu lazni rzymskich widzianych w jakis filmach traktujacych o starozytnych czasach.
Zaplacilismy po 5 GEL + 1 za biale przescieradlo, i poszlismy do przebieralni i juz nam cos zaczelo niepasowac. Po przebraniu szafki zamykal koles ktory wydawal nam przescieradla, no ale weszlismy do srodka. Ja pierdziele, w srodku bylo brudno, obskornie i smierdzialo jakims grzybem. Na srodku siedzialo jakis trzech golych facetow. Wyszlismy tak szybko jak tam weszlismy i juz nie zamierzam zwiedzac innych lazni miejskich. :-)
Jeden dzien spedzilismy na wycieczke do Kazbegi, z Tbilisi vanem 3 godzinki jazdy tzw “droga wojenna” - pieknie, zielono, cudnie. Po przyjezdzie podeszlismy do klasztoru Cminda Sameba (2170 mnpm) zajelo nam to jakies 40 minut, skad mozna zobaczyc osniezona gore Kazbek (5047mnpm) – po prostu trzeba to zobaczyc, bo nie da sie opisac slowami.
Gdy juz wracalismy Adam kupowal sobie napoj gruszkowy w jednym z malych sklepikow, typu szyba z malym lufcikiem na pieniadze u dolu, obslugiwana przez starsza pania. Przed szyba byly wystawione jakies napoje, slodycze etc. Znajomy wzial butelke stojaca na wystawce i poprosil sprzedawczynie aby podala mu jeden taki sam napoj. Pani uprzejmie podala mu napoj gruszkowy, ale w zupelnie innej butelce, wiec Adam powiedzial ze nie chce tego napoju tylko identyczny ktory stoi przed szyba, to zagotowalo nasza starsza babcie, zaczela krzyczec ze: “gruszka, to gruszka, a jak cos mu sie nie podoba to paszol won!!!” :-)
W drodze powrotnej van byl zapelniony do ostatniego miejsca, ale pomimo to koles zabral sie z nami w trzy godzinna podroz, siedzac na skladanym plastikowym taborecie, malo tego polowe drogi to nawet na nim przespal!

Nadszedl dzien pakowania. Kartony na rowery znalezlismy na smietniku kolo dworca kolejowego. Potem autobusem na lotnisko, oczywiscie osoba sprzedajaca bilety (chyba siostra “herszt baby” z pociagu) troche byla niezadowolona, ze nasze maszyny ulokowalismy w miejscu gdzie ona zawsze stoi i pracuje, ale nauczeni wczesniejszymi doswiadczeniami, ze jak juz wstawimy bagaze, to musza tam juz zostac do konca podrozy. Po dotarciu do portu lotniczego, poszlismy popakowac sprzet i znalezlismy cztery eleganckie pudla rowerowe! Ktos musial przyleciec z rowerami i je tam zostawic - super niespodzianka na sam koniec wyprawy!

Posumowujac, Gruzja swietny, ciekawy i zaskakaujacy kraj, na pewno warty odwiedzenia.
Do wyjazdu dobrze sie przygotowalismy, przeszukalismy fora internetowe, ogladnelismy prawie wszytstkie filmy traktujace o Gruzji na you tube, nawet odwiedzilismy strone ambasady RP w tym panstwie. Myslelismy ze ten kraj jest wrecz oblegany przez turystow i spotkamy duzo ciekawych ludzi, a tu jakby nie my to hostele by byly kompletnie puste. Oczywiscie od czasu do czasu, ale raczej rzadko mijaly nas terenowe auta, ludzie (wiekszosc polakow) pytali sie czy wszytsko ok, skad jedziemy etc. Rowerzystow spotkalismy szesciu: dwoch polakow w Ushguli, pare niemcow w Melo i dwoch bulgarow kolo Mesti . Przekonani bylismy ze na trasie beda jakies bary, knajpy, sklepy, a tu lipa – z drugiej strony cos innego, fajniejszego bez wszedobylskiej komercji i makdonaldow. Dlatego trzeba tam jechac zanim dzika kraina nie zostanie pozarta przez kapitalistyczne monstrum z zachodu! :-)

Teraz czas na omowienie jednego problemu, ktory powodowal ze nie za bardzo lubialem jezdzic rowerem po Gruzji, a mianowicie bezpanskie psy! Ja pierdziele nawet nie wiedzialem ze moga byc takie wielkie i w takich ilosciach. Praktycznie w zadnym opisie o tym kraju nie ma o nich wzmianki, a stanowia bardzo duzy problem dla rowerzystow. Wyobrazcie sobie ze codzienie jestescie gonieni przez nie, czasem to jeden osobnik, a czasem jest ich nawet kilkanascie. Jak jest z gorki to ogien i poszedl, a jak pod gorke to juz ognia nie ma. Ja mialem przygotowany rozkladany selfie stick w przedniej torbie na kierownicy i jak tylko przejezdzalismy przez jakas wioske to se go rozkladalem i czekalem z ktorej strony nastapi atak. Cale szczescie ze nie uderzylem zadnego kundla, ale czasem bylo naprawde blisko – na zasadzie albo on mnie, albo ja jego.
Takze wszystkich tych ktorzy interesuja sie i wspomagaja bezpanskie czworonogi to zapraszam na wycieczke do Gruzji, tam beda mogli sie wykazac swoja milosci do zwierzat ;-)
Oczywiscie my tez mielismy swojego psa, ktory towarzyszyl nam przez dwa dni naszej podrozy, nawet go nazwalismy – Bike.
Bike przyczepil sie do nas w Lentekhi i byl z nami az do Ushguli (75km). Gdy stanelismy na nocleg , a na podworku przy hostelu byl juz jakis pies, nasz czwonorog szybko stoczyl z nim walke i teren juz byl jego. Rano jak wstalismy to nasz pies wital nas w progu jakby byl z nami od lat, a kilka miejscowych burkow bojazliwie wychylalo lby za rogow budynkow gospodarskich. Jeden z miejscowych powiedzial nam ze zna tego psa, bo biega za turystami juz od kilku lat na tej trasie.
Obserwujac Bike'a zauwazylem, ze gdy bylo z gorki to zwalnial oszczedzajac lapy, a jak pod gorke to przyspieszal. Rowniez chlodzil sie w kazdym strumyku na trasie. Ogolnie to nawet polubilem tego kundla :-). Jak w Tbilisi zobaczylem psa na smyczy, to myslalem ze se klekne ze szczescia! :-)

Ludzie – uwazam ze gruzini sa ok. Mili, sympatyczni, czesto czestuja alkoholem i to o kazdej porze dnia. Wypic ze dwa kiliszki czaczy z rana, nie ma problemu. Adam gdzies wyczytal ze trzeba pic za Boga, Gruzje itd i alkoholu nie mozna odmawiac, wiec pilismy. :-)
Troche brakowalo znajomosci jezyka rosyjskiego, wiec duzo sobie z nimi nie pogadalismy.

Troche sie rozpisalem, ale krocej sie nie dalo, a i tak staralem sie strescic jak tylko moglem, bo kazdy dzien naszej wycieczki obfitowal w wiele interesujacych sytuacji. W Gruzji czulismy sie dobrze i bezpiecznie, no moze z wylaczeniem uciekaniem przed psami. Nie przytrafila nam sie zadna nieprzyjemna przygoda, nikt nas nie oszukal, no moze poza starsza pania, ktora sprzedala nam wode zamiast bimbru, ale myslimy ze po prostu dbala o nasze zdrowie i trzezwosc umyslu. :-)
Natomiast co do samego zdrowia, to osobiscie jakos nie sluzyla mi kuchnia gruzinska i przez caly okres pobytu mialem z tym male problemy, ale jakos to przezylem. :-)

Koszty – przez dwa tygodnie wydalem okolo +/- £280 i to wiekszosc na alkohol, wiec nie ma co narzekac ;-)
Dyzio W Podrozy

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

4ary

Post #10 Ocena: 0

2018-09-18 20:09:42 (rok temu)

4ary

Posty: 3707

Mężczyzna

Z nami od: 01-09-2007

Skąd: villa w lesie

No i sie wyjaśniło gdzie zginęły nasze kartony, które zostawiliśmy pod lotniskiem :) Ja sie zbieram do napisania krótkiej relacji już od kilku miesięcy. Teraz bedę musiał chwilę odczekać. W sumie mielismy wiekszość podobnych odczuć po wizycie w Gruzji. Na psy bylem przygotowany ale głównie na pasterskie. Bezpańskie raczej przyjazne były. No i miłosnika Hansa Klosa w jakiejś zapadłej wiosce tez spotkałem. Ale o tym za jakiś czas napiszę. *THUMBS UP*
To pierwszy dzien reszty mojego zycia

Do góry stronyOffline

Cytuj wypowiedź Odpowiedz

Strona WWWNumer Skype

Strona 5 z 11 - [ przejdź do strony: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 ... 9 | 10 | 11 ] - Skocz do strony

« poprzednia strona | następna strona » | ostatnia »

Dodaj ogłoszenie

dodaj reklamę »Boksy reklamowe

Tylko £16.70 za paczkę UK-Polska

Paczki do Polski - Najniższa cena, solidny serwis od drzwi do drzwi, ubezpieczenie w cenie

Tanie promy Anglia- Francja

Najtańsza linia promowa UK-Francja! Kliknij żeby sprawdź ceny...

Ogłoszenia


 
  • Copyright © MojaWyspa.co.uk,
  • Tel: 020 3026 6918 Wlk. Brytania,
  • Tel: 0 32 73 90 600 Polska,