Po studiach wyjechał bez żalu z Polski. Wielka Brytania właśnie otworzyła granice. Angielski znał bardzo dobrze, więc wybór wydawał się prosty. Pierwszy raz poszedł do pracy, a właściwie do ciężkiej harówki w kuchni, jako kitchen porter. – Właściwie to miałem napisane w papierach, że jestem kitchen assistant. Prawda, że lepiej brzmi? – śmieje się na wspomnienie pierwszego roku na Wyspach.
Pracował z Algierczykiem, a właściwie Berberem, wielbicielem Maradony, z Anglikiem z Manchesteru, który sun i cup wymawiał tak jak się czyta te słowa po polsku; z rodowitym londyńczykiem ze wschodniej części miasta, który „leciał” cockneyem; z Somalijczykiem, który mówił tak niewyraźnie, że wszystko musiał powtarzać po trzy razy. Do kuchni z sali restauracyjnej wpadali kelnerzy – dwaj Australijczycy, Amerykanka, Pakistańczyk. W pokojach hotelowych na górze pracowały Słowaczki, Polki, Nigeryjka.
Podczas lunchu cały świat zatrudniony w hotelu kurczył się i mieścił w salce dla personelu.
Od Australijczyków usłyszał historię o Polakach, którzy postanowili zrobić sobie zdjęcie z nieżywym kangurem. Wyskoczył im wprost pod koła, gdzieś na australijskim pustkowiu. Jeden wyjął aparat, a drugi podniósł i podtrzymał martwe zwierzę. Żeby było śmieszniej, założyli mu kurtkę. Ale kangur wcale nie zdechł. Ocknął się i uciekł. Polacy pojechali na policję. Cały posterunek się zleciał, żeby posłuchać ich zeznań, jak to kangur zniknął w kurtce, a wraz z nim przepadły paszport, prawo jazdy, portfel z pieniędzmi i kartami kredytowymi, które były poupychane po kieszeniach.
Taki polish joke w australijskim wydaniu. – Zabawny? – pyta retorycznie Michael.
Pijaczki z rasowym kompleksem
Na początku Michael mieszkał z Polakami na Ealingu, w coraz bardziej polskiej dzielnicy Londynu. – No i się zaczęło. Najpierw, że „jakoś nie bardzo wyglądam”, że włosy nie takie, kozia broda, kolczyk w nosie. Potem, że wódki nie piję. Że segreguję śmieci w domu. „Bo po co?” – pytali. Że chodzę obejrzeć mecz do pubu z czarnym rastamanem. Że nie mówię, skąd jestem. I tak dalej. Wszystko, dosłownie wszystko im przeszkadzało. „Co z ciebie za Polak?” – mówili.
Polska zadomowiła się na dobre na Ealingu.
Michael widział jednak tylko jej ciemną stronę – swojskie przekleństwa w autobusach, zachowanie pijanych ziomków na ulicach, rasistowskie pomysły swoich współlokatorów na temat tego, że „wszystkich tych ciemnych powybijaliby”. – Coraz bardziej było mi nie po drodze z tą moją polskością – ocenia. – W pracy też się wszystko zmieniło, było coraz więcej Polaków, jakiś takich pozamykanych, ponurych, ciągle na coś wkurzonych. Jeden mi powiedział, że każdy biały jest rasistą, on i ja też. „Bo to naturalne, że biały jest inteligentniejszy, a nienaturalne, że pracuje pod Hindusem albo Murzynem”. Obnosił się otwarcie z tą swoją „filozofią”, więc inni zaczęli patrzeć na wszystkich Polaków podejrzliwie, w końcu i mnie przestali zapraszać na piwo w piątek po pracy.
Po powrocie do domu miał to samo. – Ciągle pijane mordy i ich rasowy kompleks. Najpierw zacząłem przychodzić późno w nocy, żeby się tylko przespać, a rano uciec do pracy. W końcu się wyprowadziłem – wspomina. Znalazł pokój w domu z Australijczykami. To była ulga. Żadnych problemów, jak mówią na Antypodach no worries. Często mu powtarzali, że jest jakiś inny niż reszta Polaków, bo da się wyciągnąć do ich klubu na Shepherds Bush, na piwo do pubu, gada o różnych rzeczach, a nie tylko o jednym. Jego współlokator, Warren, pracował z Polakami i wymawiał bez zarzutu jedno, jedyne polskie słowo, jakiego się od nich nauczył: „pieniądze”.