
20/10/2005 06:51:47
Jeśli faktycznie "cała redakcja" jest tego zdania, to cała też musi odejść, bo to pracodawca decyduje kogo zatrudnia, jakie daje pieniądze i jak należy nimi gospodarować. Pracodawca może oczywiście być w błędzie. Tak niewątpliwie było za poprzednich powierników Polskiej Fundacji Kulturalnej (PFK) wydającej DP za pośrednictwem spółki z ograniczoną odpowiedzialnością Polish Daily Publishers Ltd, kiedy to w ciągu roku i 9 miesięcy roztrwoniono około 700 tysięcy funtów.
Oto fakty ustalone w wyniku dziennikarskiego śledztwa przeprowadzonego przez Monitor i odnoszące się do okresu, kiedy dyrektorem PFK był Andrzej Szkuta, redaktorem naczelnym Tygodnia Polskiego - Jan Chodakowski, a redaktorem naczelnym DP - Grzegorz Małkiewicz, zaś skład gazety robiła jego żona Teresa Bazarnik-Małkiewicz.
Bliżej PFK zainteresował się Monitor w czerwcu br., kiedy w Londynie gruchnęła wiadomość o zamknięciu Tygodnia Polskiego (zob. Monitor 49, s.2). Po mieście krążyły opowieści o szampańskim stylu życia poprzedniego dyrektora PFK, Andrzeja Szkuty, oraz jego przyjaciela Jana Chodakowskiego, który jeszcze przed objęciem funkcji redaktora naczelnego upadłego szybko Tygodnia Polskiego w nowej szacie otrzymywał sowite wynagrodzenie, a po zamknięciu tygodnika, którego nikt nie chciał czytać, otrzymał sporą odprawę ze społecznych pieniędzy.
Krok po kroku zaczęła się odsłaniać monstrualna afera korupcyjna, w której występował wyraźny konflikt interesów, brak dokładnego rozliczania społecznych pieniędzy, próby używania społecznych pieniędzy dla prywatnych celów, przekraczanie kompetencji przy zlecaniu wydatków na cele, które trudno uznać za służące firmie, w połączeniu z próbami zastraszania i szantażowania tych, którzy zaczęli ujawniać machinacje na szkodę PFK.
Do tego dochodziło nieetyczne, wręcz rynsztokowe dziennikarstwo i opluwanie wszystkich na prawo lewo przez ludzi, których w żadnym przypadku nie można nazwać dziennikarzami, a którzy znaleźli się w redakcji DP przypadkowo, a raczej starannie dobrani przez Grzegorza Małkiewicza, który szybko pozbył się pracującej od lat starej kadry etatowych dziennikarzy.
Pierwszy ślad prowadził do żony Małkiewicza robiącej skład gazety. Z wielu źródeł napływały identyczne informacje, że jej zarobki sięgają £60-70 tysięcy rocznie. Nie bardzo chciało się w to wierzyć biorąc pod uwagę katastrofalny stan finansów PFK. Jednak pewnego dnia okazało się, że tygodniowy rachunek za skład wynosi sporo ponad tysiąc funtów. Razy 52 tygodnie, to faktycznie daje jakieś £60-70 tysięcy rocznie. No ale muszą być jakieś koszty własne. Więc napisaliśmy w Monitorze 50, że wraz z mężem zgarniają około £100 tysięcy rocznie BRUTTO.
Bardzo to się nie spodobało państwu Małkiewiczom. Niżej podpisany dostał pismo od adwokatów z City (sądząc po adresie musi to być droga kancelaria adwokacka) domagające się publicznych przeprosin za podawanie nieprawdziwych wiadomości, uwłaczających dobremu imieniu państwa Małkiewiczów, oraz rekompensaty finansowej. Adwokaci dawali do zrozumienia, że w przeciwnym razie sprawa skierowana zostanie na drogę sądową.
Jednocześnie Andrzej Szkuta, występując w charakterze dyrektora PFK, wysłał email z pogróżkami do operatorów serwera, na którym znajdował się kwestionowany materiał żądając jego zdjęcia. Było to o tyle zaskakujące, że adwokaci występowali wyłącznie w imieniu małżeństwa Małkiewiczów. Innymi słowy, dyrektor PFK, wykorzystał swe stanowisko służbowe do "przyjścia z pomocą" koledze w jego prywatnej sprawie.
Z mojej strony, jako osoba, ścigana za swoją działalność przez "władzę ludową" listem gończym przez 10 lat od wprowadzenia stanu wojennego, i przeciwko której prowadzono oszczerczą, szeptaną propagandę, która sięgnęła Londynu, przyjąłem te groźby, czy też szantaż, ze spokojem.
Odpisałem adwokatom, że Monitor, jako pismo bez cenzury, gotów jest wydrukować sprostowanie pp. Małkiewiczów jeśli do naszego materiału zakradły się jakieś nieścisłości (ofertę zignorowano). Jednocześnie poprosiłem adwokatów, aby nie przyjmowali za swe usługi czeku PFK, tylko, aby pp. Małkiewicz za usługi adwokackie na ich rzecz zapłacili ze swoich pieniędzy. Nabierałem bowiem przekonania, że zechcą za prywatną sprawę zapłacić ze społecznych pieniędzy. Strzał okazał się w dziesiątkę! Z tego co wiadomo obecnie wynika, że dyrektor Szkuta i redaktor Małkiewicz chcieli faktycznie zapłacić rachunek ze społecznych pieniędzy, ale do tego nie doszło i rachunek pozostaje niezapłacony do dnia dzisiejszego.
Jednak młodzi operatorzy serwera internetowego, którym groził dyrektor Szkuta, nie mogli pozwolić sobie na narażanie na ryzyko popularnego serwera i zdjęli materiał zamieszczając o tym stosowną wzmiankę.
Pismo adwokatów stwierdzało, że ich klientka Teresa Bazarnik-Małkiewicz jest dyrektorem zarządzającym spółki Edithire Ltd. Zajrzeliśmy więc do Rejestru Przedsiębiorstw (Companies House). Okazało się, że firma w 100% należy do małżeństwa Małkiewiczów (każde z nich ma po 50% udziałów). Sytuacja jest więc taka: redaktor naczelny daje gazetę do składu prywatnej firmie, która w całości należy do niego samego i jego żony. Jest to ewidentny przykład sprzecznego z prawem konfliktu interesów.
Po pierwszych artykułach w Monitorze, zaczęło zgłaszać się do nas coraz więcej ludzi z nowymi rewelacjami. Zwrócono nam uwagę, że DP nie podał żadnych informacji o pieniądzach zebranych przy okazji spotkań z Bronisławem Wildsteinem oraz Stanisławem Tymem. W kolejnym numerze Monitora zapytaliśmy dlaczego tak się stało. Dlaczego nawet nie podziękowano ofiarodawcom, jak nakazywałaby zwykła przyzwoitość i konieczność dokładnego rozliczania się ze zbiórkowych pieniędzy.
I ten strzał też okazał się trafny. Księgowa PKF na publicznym zebraniu w dniu 16 bm. potwierdziła publicznie, że żadne pieniądze z tych zbiórek przez kasę PFK nie przeszły, a zainteresowani twierdzą, że bezpośrednio rozliczyli się z zaproszonymi gośćmi. To jest poważna nieprawidłowość. Ponadto, o ile wiadomo, Grzegorz Małkiewicz pobrał z kasy £150 na honorarium dla Stanisława Tyma plus dodatkowe pieniądze na wydatki hotelowe.
A jak na zapytanie Monitora zareagował DP? W numerze DP z dnia 7.10.05 osobnik podpisujący się Sławomir Fiedkiewicz w tekście zatytułowanym "Swojskie piekiełko" (do tej pory znajdującym się na stronie internetowej DP) napisał, że to kalumnia, żeby spotkanie z Tymem nazywać "prywatną chałturą" i dalej: "Chamstwo i głupota. Krytykanctwo, chore ambicje, kompleksy maści różnorakiej. (...) A na zakończenie, powiem Panu w sekrecie: masz Pan szczęście, że nie mam temperamentu dziadka Jana. On, w podobnej sytuacji, dałby Panu po prostu w pysk! (...) A nóż [sic!], dziadkowa krew się we mnie przebudzi...".
Powyższy przykład warty jest chwili uwagi. W Monitorze NIE NAPISANO, że była to chałtura. Wyrażono zdziwienie, że nie podano informacji o zebranych pieniądzach i co z nimi zrobiono...(tu cytat) "CHYBA ŻE [tryb warunkowy] pieniądze poszły do prywatnej kieszeni... Ale w takim przypadku BYŁOBY TO [znowu tryb warunkowy] nadużycie publicznego zaufania i działanie bezprawne, bo przez wiele tygodni wykorzystywano pierwszą stronę Dziennika Polskiego na reklamę prywatnej chałtury". Co jest niewłaściwego w tak sformułowanym pytaniu?
Powyższe stanowi klasyczny przykład manipulowania informacją. Bierze się wyrwany z kontekstu fragment, przeinacza się go, a następnie opluwa tak ustawionego delikwenta. W ten właśnie sposób działały media w epoce wczesnego bolszewizmu, ale tylko wczesnego, bo później musiały się hamować w wyniku protestów społecznych. Niestety, taka jest nadal w znacznej mierze publicystyka obecnej redakcji DP. Nieodpowiedzialna, fałszywa, rynsztokowa.
A panu Fiedkiewiczowi, który przez pomyłkę przyplątał się do redakcji DP, na koniec niechcący wypsnęło się słowo prawdy. Chciał napisać "A nuż, dziadkowa krew...", ale pewno ściskał w kieszeni nóż (albo kastet) i nożownikowi wyszło "A nóż, dziadkowa krew..."...
Inne, ale bynajmniej nie wszystkie, przykłady zostały opisane w numerach 49-52 Monitora. Wiele dalszych okoliczności i zarzutów wymaga ustalenia przez właściwe organy kontrolne. Ale na podstawie tego co już wiadomo z całą pewnością, można sformułować w szczególności następujące wnioski:
• O zaistniałej sytuacji zawiadomić jak najprędzej Charity Commission i zaangażować odpowiedniego adwokata dla wypracowania najwłaściwszej formy przejęcia i dalszego finansowania DP. W szczególności ryzykowne jest przejmowanie DP w całości, skoro istnieje możliwość przejęcia tylko samych aktywów (assets) bez zobowiązań (liabilities). Konkretny sposób załatwienia wymaga zaangażowania odpowiedniego dwokata.
• Poza usunięciem redaktora naczelnego, które już się dokonało, należy odebrać skład gazety firmie Edithire Ltd, należącej do małżeństwa Małkiewiczów, i robić skład gazety o zmniejszonej objętości we własnym zakresie (co też się w międzyczasie stało).
• Przenieść druk DP do polskiej drukarni znajdującej się w tym samym co redakcja budynku, co powinno zapewnić oszczędności kilkudziesięciu tysięcy funtów rocznie.
• Zgłosić akces do The Press Complaints Commission skupiającej pod swą egidą wszystkie szanujące się gazety w Anglii przestrzegające Kodeksu Zasad Postępowania (Code of Practice). Obecnie DP należy do 2-procentowego marginesu, który Kodeksu nie uznaje, co jest haniebne, gdyż DP dołącza w ten sposób do pisemek ekstremistycznych.
• W DP niezwłocznie zabronić członkom redakcji drukowania jakichkolwiek materiałów wyrażających ich własne poglądy (z wyjątkiem listów do redakcji). Zabronić drukowania pod pseudonimami (nie wiadomo kto się za pseudonimem kryje i czyje interesy promuje). Obecni pracownicy redakcji, pod sankcją natychmiastowego zwolnienia, mają wyłącznie opierać się na materiałach PAP i wiernie relacjonowanych doniesieniach mediów angielskich. Zawiesić czasowo komentarz redakcyjny. Obecni redaktorzy nie stanowią żadnych autorytetów, a ich drukowane dotąd własne opinie i komentarze są często kompromitujące, czy też wręcz skandaliczne.
• Przywrócić pierwotne logo gazety "Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza".
• Ogłosić otwartą rekrutację na stanowiska redaktorskie w Dzienniku. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wśród setek tysięcy nowych przybyszów z Polski uda się znaleźć kilku odpowiedzialnych redaktorów.
• Powołać zespół roboczy z udziałem nowych Polaków dla opracowania koncepcji polskiej gazety codziennej oraz do konsultacji w szeregu innych spraw odnoszących się do całej społeczności polskiej z wszystkich fal imigracyjnych.
• Rozpocząć pozbywanie się w Dzienniku komputerów Apple (zakupionych wbrew protestom polskich specjalistów), które są niekompatybilne ze standardami International Standards Organisation (ISO) - (gubią polskie litery akcentowane lub nie są w stanie w ogóle czytać tekstów polskich nadsyłanych emailem przez komputery systemu IBM, używane przez ponad 95% użytkowników na świecie). Używanie komputerów Apple wymaga często przepisywania tekstów, powoduje ogromne marnotrawstwo czasu i bardzo podnosi koszty własne. Używane na komputerach Apple programy do składu są również dostępne w wersjach na komputery PC systemu IBM.
• Rozpocząć wprowadzane na łamy Dziennika tekstów po angielsku.
• Na koniec apel do organizacji starej emigracji o pomoc finansową dla inicjatyw nowych Polaków, którzy stworzyli gołymi rękami sprawnie działające serwery internetowe, stacje radiowe, tygodniki i miesięczniki. Również o pomoc finansową celem stworzenia jakiejś noclegowni dla tułających się po Londynie nieszczęsnych młodych Polaków, do których nikt się nie przyznaje, ani tutejsze organizacje polonijne, ani oficjalne polskie placówki dyplomatyczne i konsularne.
"Nadchodzi już tsunami" – napisał składając rezygnację poprzedni powiernik PFK Wiktor Moszczyński, który może widział więcej niż inni, ale i on też nie zapobiegł temu, co się stało.
Rozstrzygnie prawo angielskie
Na początku studiów prawniczych studenci analizują tzw. "eksperyment śledczy". Nieświadoma niczego grupa osób staje się świadkami zainscenizowanego wypadku drogowego. Potem, przy przesłuchaniach naocznych przecież świadków, okazuje się, że niemal każdy z nich przedstawia inną wersję zdarzenia. Nie żeby kłamał. Po prostu jest przekonany, że tak właśnie było.
Ustalenie prawdy obiektywnej jest niezmiernie trudne. Zawodowo zajmują się tym ludzie z wymiaru sprawiedliwości, mający pełną świadomość ułomności ludzkiej percepcji.
Sytuacja jak z kryminału Agaty Christie. W samotnym domu na odludnej wyspie jest trup i kilkunastu ludzi, z których nikt nie czuje się winny. Wydano w krótkim czasie 700 tys. funtów i nikt nie czuje się winny, a wielu z tych, którzy pieniądze brali i wydawali, lamentuje, że zostali pokrzywdzeni.
Rozwikłanie tej zagadki kryminalnej to nie jest robota dla amatorów, choćby mieli najlepsze chęci. Muszą się tym zająć specjaliści. I to specjaliści angielscy. Przecież jeżeli z polskiego domu w Londynie obywatel polski ukradł samochód z polską rejestracją to woła się policję angielską, a wyrok wyda sąd angielski.
Polska Fundacja Kulturalna jest organizacją zarejestrowaną wg prawa angielskiego, działającą w Londynie, na którego obszarze obowiązuje prawo angielskie.
W dziennikarskim śledztwie Monitor ustalił ponad wszelką wątpliwość (są na to dokumenty, publiczne oświadczenia właściwych osób) kilka relatywnie drobnych faktów. Teraz muszą wkroczyć specjaliści i ustalić, kto i jaką ponosi tu ewentualnie odpowiedzialność karną lub majątkową. I jedynie ich ustalenia będą wiążące. I muszą zostać podane do publicznej wiadomości.
Ludzie czytający polską gazetę mogą tylko wydać na nią moralny wyrok śmierci, odmawiając jej kupowania jeśli nadal będzie bredzić.
Tagi artykułu: Grzegorz Małkiewicz
Bądź pierwszą osobą, komentującą ten artykuł.